|
Ten serial nie podobał mi się i podobał jednocześnie. Nie podobał się, kiedy myślałem o powieści Prusa i ekranizacjach Hasa i Bera. Natomiast podobał, gdy od tego wszystkiego wyabstrahowałem. "Lalka" Maślony i Demirskiego ma sporo plusów, ale i sporo - może nawet więcej - minusów. Zacznę może od plusów. Przede wszystkim to serial świetnie zrealizowany pod względem reżyserii, scenografii, zdjęć, kostiumów, muzyki. Akcja jest wartka i dobrze poprowadzona, Warszawa końca XIX w., choć oczywiście podrasowana cyfrowo i komputerowo, robi wrażenie i nie razi sztucznością, podobnie jak kostiumy. Muzyka, za którą odpowiada Baasch (Bartosz Schmidt) jest wyrazista, ale nie dominująca i dobrze współgra z obrazem. Do tego mamy tu naprawdę dobre aktorstwo, z Schuchardtem i Drzymalską na czele. Wokulski Schuchardta jest znakomity - to bohater, który łączy w sobie dumę i niekorzesanie, szorstkość i wrażliwość, pewność siebie i nieporadność. Z kolei Drzymalska tworzy postać bardzo zniuansowowaną, choć daleką od literackiego pierwowzoru. Jej Łęcka jest niezależna i zagubiona jednocześnie, pełna sprzeczności. Relacja między nią a Wokulskim jest przedstawiona ciekawie i dość nietypowo, inaczej niż byliśmy do tego przyzwyczajeni do tej pory. Na drugim planie wyróżnia się Magdalena Cielecka jako hrabina Wąsowska, Piotr Adamczyk jako baron Krzeszowski, Maria Kania jako służąca-prostytutka, Julia Wyszyńska jako Florentyna oraz Piotr Pacek w roli dość odpychającego Starskiego. Całość, okraszona dobrymi dialogami i specyficznym poczuciem humoru, ogląda się dobrze i momentami daje sporo satysfakcji. Co więc jest nie tak? Sporo. Przechodzę zatem do minusów. Przede wszystkim tak naprawdę to jest nie tyle ekranizacja powieści Prusa, co wariacja na jej temat. Samo w sobie nie jest to niczym złym, ale jednak co za dużo to niezdrowo. Zbyt wiele wątków pominięto, za dużo wycięto, dodając od siebie ("Bluszcz", Orzeszkowa). Sklep Wokulskiego to u Maślony tylko pomieszczenie, pozbawione tak naprawdę duszy i pracowników, którzy przecież w książce i wcześniejszych adaptacjach tworzyli wachlarz ciekawych postaci. Nie ma pamiętnika starego subiekta, nie ma sądowego sporu o lalkę. Mnie osobiście bardzo tego brakowało. Jest co prawda pojedynek Wokulskiego z Krzeszowskim, a także słynne "Farewell", ale mocno przearanżowane i nie mające tej siły, co powinno. Łęcka, choć jak zaznaczyłem, jest przez Drzymalską zagrana interesująco (aczkolwiek może nieco za często nosi "podkówkę" na twarzy), to jednak nie przekonuje mnie jako kobieta, dla której Wokulski mógłby stracić głowę, nie tylko ze względu na daleką od modelowego kobiecego piekna powierzchowność. Do tego zrobiono tu z niej jakąś bojowniczkę o prawa kobiet, emancypantkę i społeczniczkę, co jest mocno kontrowersyjne, dyskusyjne i w zasadzie niczym nieuzasadnione. Chyba tylko kaprysem twórców i potrzebą wpisania się w aktualne trendy. Tylko dlaczego kosztem literackiego pierwowzoru? Jej ojciec w wykonaniu Jacka Braciaka tworzy intrygującą postać, tyle tylko że zupełnie niepasującą do arystokraty, którym był Tomasz Łęcki. To jakiś wiecznie zapijaczony kurdupel, nie mający w sobie nic z hrabiego. Nawet na pokaz. Kompletnym nieporozumieniem jest dla mnie również Dariusz Chojnacki. To najgorszy Rzecki w historii. Postać pozbawiona charakteru i indywidualnych cech, bohater, który nie tylko nie prowadzi pamiętnika starego subiekta, ale sprawia wrażenie, jakby w ogóle pisać nie umiał. Trudno zrozumieć zażyłość łączącą go z Wokulskim. Strasznie szkoda też, że tak przezroczystymi postaciami są tu Szlangbaum czy Ochocki. No i ten wylewający się z ekranu postmodernizm i anachronizm, szczególnie w warstwie językowej... Z jednej strony bohaterowie noszą kostiumy z epoki i mówią - a przynajmniej próbują - tak, jak mogli rzeczywiście mówić przedstwieciele arystokracji i ziemiaństwa w tamtych czasach. Z drugiej strony dość często używają współczesnych nam wulgaryzmów, które pasują do całej historii jak pięść do nosa. Nie twierdzę, że ludzie w czasach, w których dzieje się akcja "Lalki", mówili tylko romantycznym wierszem. Nie, ale przeklinali z pewnością inaczej - nie używali "k..." jako przecinka i nie kazali nikomu "spier...". Natomiast słowo "kutas" miało wówczas zupełnie inne znaczenie niż dziś. Twórcom wydawało się zapewne, że każąc bohaterom tak rzucać mięsem będą na czasie i bliscy widzom, ale ja odbieram to jako drażniący i - wbrew pozorom - infantylny i pretensjonalny, zupełnie niepotrzebny i głupi zabieg. Dla mnie to zwyczajnie słabe, jakby powiedzieli kiedyś (a może i dziś) młodzi ludzie. Ekranizacja prozy nie musi być w stu procentach wierna literackiemu oryginałowi, często nawet nie powinna. Warto jednak, by nie sprzeniewierzała się jego duchowi i treści. Mógł Maślona nakręcić serial o miłości niemożliwej, włączyć w to elementy walki o prawa kobiet i krytykę społeczną. Tylko po co mieszał w to "Lalkę" i Prusa? Nie wiem. To znaczy wiem - żeby było o nim głośno, bo o serialu mówią i piszą dziś niemal wszyscy (choćby ja w tej chwili), a gdyby przedstawił zupełnie nową opowieść w historycznym kostiumie, to zapewne rozgłos byłby mniejszy niż przy okazji ekranizacji jednej z najsłynniejszych polskich powieści, zwłaszcza że za chwilę do kin wchodzi też nowa kinowa wersja. Zastanawiałem się trochę, jaką wystawić ocenę. Ostatecznie daję 6/10, choć tak naprawdę bliżej jestem 5,5. Ale skoro nie ma połówek w tego typu ocenach, to niech będzie ta "szóstka", może nieco naciągana, lecz uzasadniona tymi pozytywnymi elementami, o których napisałem na początku. Niezależnie od oceny "Lalka" Maślony moją "Lalką" nie jest. I zapewne nigdy takową nie będzie. I wcale nie dlatego, że już dawno wyrosłem z zabawek.
_________________ My żyjemy!
|