|
To już czwarty rok, w którym zapraszam do lektury mojego zaduszkowego alfabetu. W roku, który upłynął od minionego 1 listopada żegnaliśmy wielu ludzi związanych z polskim filmem. Jak co roku pozwalam sobie w subiektywnym zestawieniu przypomnieć niektórych spośród nich.
Trzeciego marca zmarł Henryk Bielski. Reżyser filmowy, autor kilku filmów fabularnych, znany jednak przede wszystkim jako twórca serialu „Ballada o Januszku”. Pan Henryk był człowiekiem wielkiej życzliwości. Mimo wieku chętnie zgodził się na spotkanie z moim znajomym, wielkim fanem „Ballady...”, a przy okazji – udzielił mi wypowiedzi na temat Mariusza Gorczyńskiego. Ugościł nas wspaniale w swoim podwarszawskim domu. Jego śmierć była dla mnie szokiem, bo rozmawialiśmy telefonicznie dosłownie na kilkanaście dni przed pojawieniem się informacji, że pan Henryk nie żyje. Nie wszyscy wiedzą, że zanim rozpoczął karierę reżyserską był tancerzem zespołu Mazowsze, z którym czuł się do końca bardzo związany, podobnie jak z filmem Jerzego Kawalerowicza „Faraon”, przy którym pełnił funkcję określaną jako „współpraca reżyserska”. Został pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.
Stanisław Brudny (zmarł 13 stycznia), był aktorskim ewenementem, ponieważ mając 95 lat nadal był zawodowo czynnym aktorem. Uznanie i sławę zdobył jeszcze jako aktor Teatru Śląskiego w Katowicach. Później, przez lata, występował w warszawskim Teatrze Studio. A potem rozpoczął aktorską peregrynację po różnych scenach, wszędzie – jako aktor grający gościnnie – szanowany i po prostu lubiany, ponieważ był człowiekiem bardzo sympatycznym, czego sam zaznałem poprosiwszy go o wywiad. Zgodził się od razu i udzielił mi go na ławce na podwórku Teatru Żydowskiego, bo i na tej scenie występował. A na ekranie... Długo by wymieniać dziesiątki ról drugoplanowych i epizodycznych, które tworzył, od filmu Pawła Komorowskiego „Pięciu” (1964), w którym debiutował, do filmów „Pani od polskiego” Radosława Piwowarskiego i „Dalej jazda!” Mariusza Kuczewskiego, w których zagrał w roku 2024. A po drodze, w latach 90., była jeszcze znakomita reklama w której wypowiadał słynne zdanie „Trzeba mieć fantazję i pieniądze, synku”.
Zmarła 8 czerwca Ewa Dałkowska była aktorką wszechstronną i wybitną. Znakomitą na scenie, na ekranie, w radiu i na estradzie – znali ją dobrze miłośnicy Kabaretu Pod Egidą. Przez lata wspierała swoim talentem warszawski Teatr Powszechny, a potem Nowy Teatr pod wodzą Krzysztofa Warlikowskiego. Ta zawodowa decyzja Ewy Dałkowskiej wzbudziła w pewnym momencie zdumienie, bo teatr Warlikowskiego uchodzi za tzw. progresywny, a Dałkowska sama siebie nazywała „pisówą”. Była – jakkolwiek skomplikowanie by to nie brzmiało – żoną brata pierwszej żony mojego ojca, którego bardzo towarzysko lubiła, do tego stopnia, że to za jej właśnie namową mój ojciec, historyk sztuki Stanisław Dajbor, w 1979 roku wiózł jako kierowca ją i Tomasza Miernowskiego do cywilnego ślubu w Kazimierzu Dolnym. Po latach poprosiłem ją o wywiad, nawet się nieco zdziwiłem gdy się okazało, że doskonale wie kim jestem i czym się zajmuję. Ostatni raz stała na scenie Nowego Teatru dosłownie na miesiąc przed swoją śmiercią.
Paweł Galia (odszedł 20 września) był znanym aktorem epizodu. Urodził się w Srocku pod Piotrkowej Trybunalskim w 1943 roku. Występował w teatrach wrocławskich, krakowskich oraz w Teatrze Narodowym w Warszawie. W 1990 roku zakończył sceniczną karierę, ale wciąż pracował na planach filmowych. Niektórym kinomanom najmocniej zapadł w pamięć w swoich rolach „młodzieżowych”, w filmach Anny Sokołowskiej „Beata” (1964) i Zbigniewa Kuźmińskiego „Banda” (1964). Ja z kolei zapamiętałem go szczególnie ze „Zmienników”, kultowego serialu Stanisława Barei, w którym zagrał rekwizytora filmowego współpracującego m.in. z reżyserem Barewiczem, dla którego przygotowywał lodowe kielichy, z których jeden, okazał się, na skutek zabarwienia rozlanym barszczem, czerwony. W ostatnich latach pojawiał się w popularnych serialach – „Na dobre i na złe”, „Czas honoru”, „Wojenne dziewczyny”, „Na sygnale”.
Krystyna Grochowicz (1936-2025, zmarła 7 marca) pełniła na planach filmowych funkcje określane jako „drugi reżyser” i „współpraca reżyserska”. Czyli należała do grona filmowców, bez których nie powstałby żaden film i żaden serial, a których praca doceniana jest bardziej przez kolegów z branży, niż przez publiczność. Tymczasem Grochowicz pracowała przy naprawdę znanych tytułach wspierając swoją pracą znakomitych reżyserów – Jerzego Skolimowskiego, Janusza Majewskiego, Janusza Zaorskiego, Janusza Kijowskiego, Agnieszkę Holland, Magdalenę Łazarkiewicz, Piotra Szulkina, Feliksa Falka, a przede wszystkim – Andrzeja Wajdę, z którym nakręciła – uwaga! – siedemnaście filmów! Pierwszą ich współpracą było „Wszystko na sprzedaż” (1968), ostatnią – „Panna Nikt” (1996). Krystyna Grochowicz spoczęła na Starych Powązkach w Warszawie.
Wieści o stanie zdrowia zmarłej 15 kwietnia wybitnej aktorki Jadwigi Jankowskiej-Cieślak już od jakiegoś czasu były niepokojące. Wiadomo było, że pani Jadwiga ma poważne problemy kardiologiczne. W teatrach, w których grała zaczęto przygotowywać za nią zastępstwa, ale z myślą, że gdy leczenie przyniesie skutki, wróci ona do swoich ról. Niestety stało się inaczej... Jadwiga Jankowska-Cieślak to postać historyczna w dziejach polskiego aktorstwa filmowego. To pierwsza osoba aktorska (to nowocześnie brzmiące określenie pasuje tu idealnie, bo obejmuje tak aktorów, jak i aktorki) wyróżniona na MFF w Cannes. Nagrodę dostała za rolę w węgierskim filmie „Inne spojrzenie” z 1982 roku. Ale niesprawiedliwie byłoby nie wspomnieć o o dekadę młodszym wybitnym dziele Janusza Morgensterna „Trzeba zabić tę miłość”. Jej debiutancka rola główna w tym filmie przeszła do historii jako jeden z najmocniejszych kobiecych debiutów na ekranie w dziejach polskiego kina. Jadwiga Jankowska-Cieślak została pochowana w Józefowie pod Warszawą. Mieszkała w tym mieście od bardzo wielu lat.
Sławomira Kryńskiego (zmarł 25 kwietnia), nazywano – zwłaszcza po filmie „Księga wielkich życzeń” z 1997 roku – następcą Wojciecha Jerzego Hasa. Określenie to okazało się zdecydowanie na wyrost, natomiast Kryński zawsze przyznawał się do bycia uczniem Hasa. Zadebiutował w 1991 roku komedią „Dziecko szczęścia”. Po „Księdze wielkich życzeń” nakręcił w 2001 roku film „Listy miłosne”, który zadedykował zmarłemu rok wcześniej Hasowi. W „Listach...” główną rolę męską zagrał ulubiony aktor Hasa – Gustaw Holoubek, w obsadzie nie brakowało innych hasowskich aktorek i aktorów (grali m.in. Ewa Wiśniewska, Jan Peszek, Wojciech Wysocki, Leon Niemczyk, Jan Nowicki, Włodzimierz Musiał), a tę doborową stawkę aktorską uzupełniały dwie wybitne aktorki całkowicie różnych pokoleń – Danuta Szaflarska i Magdalena Cielecka. Później jednak Kryński, po długim reżyserskim milczeniu, odszedł od kina autorskiego na rzecz komedii „To nie tak jak myślisz kotku” (2008), „Pokaż kotku co masz w środku” (2011) oraz „Podejrzani zakochani” (2013). I znów jako reżyser zamilkł. Tym razem, jak się okazało, już na zawsze.
Marcel Łoziński (zmarł 20 sierpnia) był nie tylko wielkim reżyserem polskiego kina dokumentalnego, ale także autorytetem zawodowym, artystycznym i moralnym dla całych pokoleń dokumentalistów. W 1965 roku ukończył Wydział Elektroakustyki Politechniki Warszawskiej, a w roku 1970 – Wydział Reżyserii łódzkiej PWSFTviT. Debiutował jeszcze jako student filmem „50 sekund dla Pascala” (1967). A potem realizował wybitne filmy, spośród których wiele przyniosło mu międzynarodowe uznanie – były wśród nich m.in. „Koło fortuny” (1972), „45-89” (1990), „Las Katyński” (1990), „89 mm od Europy” (1993), „Żeby nie bolało” (1998), „Poste Restante” (2008), „Ojciec i syn w podróży” (2013). Realizując swoje filmy bywał nie tylko reżyserem, ale także autorem scenariuszy i operatorem. A do jego zawodowej działalności doliczyć należy jeszcze pracę pedagogiczną. Był jednym z największych mistrzów polskiego kina, który wybrał dającą mniejszą popularność karierę dokumentalisty, co sprawia, że jego dokonania nie są znane tak szeroko, jak autorów filmów fabularnych. Tym bardziej więc trzeba i warto podkreślać jego dokonania.
Siódmego stycznia zmarła Mirosława Marcheluk. Najwybitniejszą rolę filmową stworzyła w „Wahadełku” Filipa Bajona z 1981 roku, w którym wcieliła się w Anielę, siostrę głównego bohatera filmu granego przez Janusza Gajosa. W wielu filmach natomiast tworzyła zapadające w pamięć epizody. Takim epizodem była np. alkoholiczka w „Prywatnym śledztwie” Wojciecha Wójcika, ważna postać kontrapunktująca główny wątek filmu. Taka też była Danka, żona Danielaka w „Wodzireju” i „Bohaterze roku” Feliksa Falka. Jako doradczyni Jej Ekscelencji uzupełniała kobiecy świat otaczający bohaterów „Seksmisji” Juliusza Machulskiego. Po raz ostatni na ekranie kinowym pojawiła się w filmie „Jak pokonać kaca” Bartosza Brzeskota w 2018 roku, a na ekranie w ogóle – w serialu „Belfer III” (2023). Przez lata związana była z teatrami łódzkimi, jednak spoczęła na Cmentarzu Farnym w swoim rodzinnym Białymstoku.
Andrzej Piliczewski (1934-2024, zmarł 6 grudnia) był reżyserem i scenarzystą filmów animowanych. I to jakich! Reżyserował tzw. „dobranocki” na których wychowały się całe pokolenia Polaków. „Zaczarowany ołówek”, „Przygody kota Filemona”, „Przygód kilka wróbla Ćwirka” – wszystkie te tytuły współreżyserował właśnie Andrzej Piliczewski. Był absolwentem łódzkiej Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych. Wieloletnim współpracownikiem Studia Małych Form Filmowych „Se-Ma-For” – także w Łodzi. Laureatem kilku nagród ministerialnych i festiwalowych. Zmarł w wieku 90 lat i został pochowany w katolickiej części Starego Cmentarza przy ul. Ogrodowej w Łodzi.
Kariera zmarłej 11 stycznia Barbary Rylskiej to swoisty paradoks. Dzięki roli w „Poszukiwany, poszukiwana” Stanisława Barei, w której wypowiadała sławne słowa „Mój mąż jest z zawodu dyrektorem” stała się w oczach wielu widzów „normalną” aktorką filmową. Tymczasem Barbara Rylska niemalże w filmach nie grała! Przed komedią Barei zagrała w trzech filmach w 1963 roku („Smarkula”, „Rozwodów nie będzie”, „Ostatni kurs”), w 1967 roku w „Julia, Anna, Genowefa”, zaś po „Poszukiwanym...”, znów u Barei, w „Nie ma róży bez ognia”, która to rola została wycięta w montażu. A po wielu latach, znów w jednym roku, tym razem 2000, pojawiła się w serialach „Rodzina zastępcza”, „Lokatorzy” oraz „Adam i Ewa”. Przede wszystkim realizowała się na estradzie – jej profesor, Ludwik Sempoliński, uważał ją za godną następczynię przedwojennych gwiazd kabaretu, zaś do legendy przeszła piosenka „Portugalczyk Osculati” z Kabaretu Starszych Panów w jej wykonaniu. W ostatnich latach zajmowała się ezoteryką i odsunęła się od środowiska aktorskiego. Spoczęła na Cmentarzu Bródnowskim w Warszawie.
Jerzy Sztwiertnia (zmarł 27 lipca) chorował od wielu lat, o czym otwarcie mówił. Był reżyserem przede wszystkim telewizyjnym. Podobał się jego debiutancki film telewizyjny „Siedem czerwonych róż, czyli Benek Kwiaciarz o sobie i innych” (1972) wg prozy Marka Nowakowskiego. Miał w swoim dorobku tylko trzy filmy pełnometrażowe – „Grzech Antoniego Grudy” (1975) „Komediantka” (1986, powstały na podstawie serialu o tym samym tytule) oraz „Oszołomienie” (1988), w którym zawarł historię tragicznej miłości Kazimierza Junoszy-Stępowskiego. Pod koniec kariery współreżyserował seriale „Klan”, „Plebania” i „Na dobre i na złe”. Ale wszystkie jego dokonania pozostają niejako w cieniu „Najdłuższej wojny nowoczesnej Europy”, świetnego serialu historycznego z lat 1979-81 opowiadającego o walce Polaków z germanizacją Wielkopolski. Serial skrzył się od kreacji aktorskich, a obsada, w której znaleźli się m.in. Krzysztof Kolberger, Marek Siudym, Mariusz Benoit, Wiesław Rudzki, Kazimierz Kaczor, Andrzej Seweryn, Piotr Garlicki, Gustaw Lutkiewicz, Piotr Machalica, Joanna Żółkowska, Anna Nehrebecka, Zdzisław Kozień, Witold Dębicki, Grażyna Szapołowska i Beata Tyszkiewicz – robi wrażenie do dziś.
Tegoroczny Alfabet zamyka GIGANT – Stanisław Tym, zmarły 6 grudnia. Gigant nie tylko polskiego kina, ale całej polskiej kultury. Aktor filmowy, aktor kabaretowy, reżyser teatralny, estradowy i filmowy, scenarzysta filmowy i współpracownik takich reżyserów, jak Stanisław Bareja i Sylwester Chęciński, rysownik, pisarz, felietonista, komentator życia politycznego i społecznego, działacz na rzecz humanitarnego traktowania zwierząt. Wykreował postać Ryszarda Ochódzkiego (filmy „Miś”, „Rozmowy kontrolowane” i „Ryś”), która to postać stała się właściwie kulturowym archetypem człowieka o charakterze kanalii. Co znamienne – kreując postać, której nie da się polubić, potrafił jednocześnie samemu zachować sympatię widzów. Rzadka to sztuka, która nie wszystkim aktorom się udaje! Opisanie całego jego dorobku, w którym widnieją tak kanoniczne symbole polskiej kultury, jak Studencki Teatr Satyryków, „Rejs” Marka Piwowskiego, kultowe kino Stanisława Barei czy tygodnik „Polityka” przekracza ramy tego skrótowego tekściku, który muska zaledwie temat gigantycznej spuścizny pozostałej po Stanisławie Tymie. Dla mnie – był także sympatycznym sąsiadem z warszawskiego Powiśla i człowiekiem, z którym bycie po imieniu było dla mnie zaszczytem. „Wielkieś nam uczynił pustki TYM zniknieniem swoim” – napisał ktoś po jego śmierci. I trudno się z TYM – nie zgodzić.
_________________ ...i zdanżam na czas proszę pana! www.mariuszgorczynski.pl
|