|
Debiut Emi Buchwald, który wzbudził dość powszechne uznanie, a nawet zachwyt. Przynajmniej wśród krytyków. Zachwyt dla mnie nie do końca zrozumiały. Owszem, jest to ładna i pełna empatii wobec bohaterów, fajnie zagrana historia o mierzeniu się z sobą samym i swoimi demonami, o więzi między rodzeństwem i szukaniu miejsca dla siebie w życiu. Tylko że wszystko to - choć ciekawe w formie i momentami całkiem zabawne - pozostawiło mnie dziwnie obojętnym. I to nie dlatego, że jestem ponad dwa razy starszy od bohaterów i nie umiem wczuć się w ich świat i rozterki. Przecież nie raz porusza mnie film, który opowiada historię ludzi z zamierzchłych wręcz z dzisiejszego punktu widzenia epok. Tak więc nie tu leży problem. Zwyczajnie jednak nie umiałem się utożsamić z tym lekko pokręconym i zagubionym życiowo warszawskim rodzeństwem. A bardzo próbowałem. Mimo to "Nie ma duchów..." wydało mi się zbyt wydumane. Czasem mam wrażenie, że tak bardzo pragniemy w Polsce czegoś nowego i oryginalnego w kinie, jakiegoś wyrazistego głosu młodego twórcy, że kiedy pojawia się coś, co wyłamuje się ze sztampy i schematów, to nagle sam ten fakt powoduje, że niemal wszyscy się tym zachwycają. A ja się zastanawiam, czy za -naście, -dziesiąt lat ktoś w ogóle ten film będzie chciał oglądać. Mam poważne wątpliwości. Moja ocena: 6/10. Może nieco na wyrost, ale doceniam, że debiutantka w subtelny sposób chciała przekazać widzowi coś ważnego. A że w sumie nie do końca to wyszło, to już inna sprawa.
_________________ My żyjemy!
|