|
Przed seansem spotkałem się z wieloma opiniami, że film Ignaciuka jest zupełnie nieudany. Owszem, szczególnie udany nie jest, ale trudno tez mówić o całkowitej porażce. Na pewno trzeba pochwalić realizację, tj. szczególnie scenografię, kostiumy i zdjęcia. Realizatorzy przyłożyli się do pracy i wiarygodnie wykreowali świat początku lat 90. i transformacji ustrojowej w Polsce. Na uznanie zasługuje też gorzkie zakończenie filmu. Reszta jest już jednak słabsza. Scenarzysta Jan Purzycki pisał scenariusze do takich klasyków jak "Wielku Szu" czy "Piłkarskich poker", ale "Wielka..." jest jednak - nawiązując do tytułu - jakościowo znacznie mniejsza. Cała historia zasadza się na strasznych kliszach, w związku z czym postacie wydają się papierowe i nawet dobrzy aktorzy nie mogą na to wiele poradzić (do tego Tomasz Ziętek gra bardzo podobnego, zaplątanego w układy bohatera, co w nieudanym "Żużlu"). Wyróznić można na pewno Mirosława Kropielnickiego, który tworzy wyrazistą postać odpychającego, bezwzględnego gangstera, a także Pawła Koślika, który jako pomocnik szemranego buka jest zabawny i żałosny jednocześnie. To, co jest zaletą filmu, czyli realia, jest też jednocześnie jego słabością, bo trudno specjalnie fascynować się światem wyścigów konnych i nielegalnych zakładów tak samo jak obstawianiem meczów piłkarskich czy pokerem - to nie ten rodzaj popularności i emocji, zwłaszcza w Polsce. O ile pamiętam, pierwotny scenariusz Purzyckiego umiejscawiał akcję wcześniej, natomiast twórcy "Wielkiej Warszawskiej" przenieśli ją w początek lat 90., co moim zdaniem odjęło filmowi wiarygodności. Nie przeczę, że wtedy też grano i robiono nielegalne interesy na wyścigach, lecz mimo popularności "koników" w niektórych rejonach Polski, nasz kraj to jednak nie Anglia czy USA, i cały proceder nie miał wówczas chyba aż takiego ciężaru i znaczenia, jakie nadano mu w filmie. Podsumowując, "Wielka Warszawska" wielka nie jest, za to przyzwoita relizacja pozwala przymknąć oko na niedociągnięcia i zapomnieć o tym, że podobne historie i schematy widziało się już dziesiątki razy. Zarówno w kinie polskim, jak i choćby amerykańskim, z którego film Ignaciuka czerpie przecież garściami. Moja ocena: 5/10.
_________________ My żyjemy!
|