forresty napisał(a):
Sebastian999 napisał(a):
Karelu, sam nie rozumiem tego fenomenu do końca : )
no i Kamas nie sprostał wymaganiom,
Kamas nie sprostał? Może i odbiegał od pierwowzoru, ale rola genialna. Kamas to taki polski odpowiednik Alana Rickmana jak chodzi o fizjonomię. Mocno do sieie podobni moim zdaniem. J. Kamas byłby idealnym Draculą u Coppoli

przynajmniej chciałym go zobaczyć w tym wcieleniu. Świetny aktor i jeden z niewielu, który sobą nie przykrywa roli. Potrafił zagrać neurastenicznego safandułę Ostrzeńskiego i Wokulskiego który był całkowitym jego przeciwieństwem. I wszystko bez nadużywania środków wyrazu, które często się zdarza u aktorów 'zbyt charakterystycznych', którzy przejaskrawiają, przerysowują role. Kamas w lalce jest postacią niejednoznaczną charakterologicznie. Nudny subiekt, zdolny biznesmen a do jeszcze ma rys romantyka który potrafi być jednak i cyniczny i bezwzględny i lekko demoniczny. Dość ciekawa postać.
Forresty, przekazałem Twoją opinię na temat Kamasa mojej żonie - bo przypomnę, że to jej wyjątkowo przeszkadza Kamas w odbiorze ''Lalki'' - i od razu otrzymałem odpowiedź, którą zamieszczam poniżej.
''
Kamas nie pasuje, bo nie przystojny, niemęski, nie odpowiada opisowi z książki. Grał dobrze, bardzo dobrze, w dobrym kierunku, ale i tak ze swoją delikatną fizycznością nie miał szans zostać Wokulskim. U Prusa Wokulski jest wysokim, postawnym, podobającym się kobietom mężczyzną o surowym, ale magnetycznym spojrzeniu''
Co do tego ostatniego to muszę przyznać żonie rację - tego magnetyzmu nie udaję się Kamasowi oddać. Surowe spojrzenie owszem, ale bez magnetyzmu. Przy czym mi to nie przeszkadza oglądać i wciągnąć się w serial Bera. Mojej żonie najwyraźniej tak.
Co do Ostrzeńskiego zgoda. Właściwie dodałbym jeszcze, że zbytnie przerysowanie tak już samej w sobie przerysowanej postaci jak brat Barbary mogłoby mieć fatalne skutki - więc chwała Bogu, że Antczak zdecydował się właśnie na Kamasa, a nie aktora stosującego mocniejsze środki wyrazu.
Ale z drugiej strony tak sobie myślę, że to też zależy kto to by był. Bo na przykład taki aktorskie zwierzę jak Roman Wilhelmi, który szarżowanie ma w DNA, mógłby i tak wyjść obronną ręką. To znaczy zagrać na jeszcze bardziej komediowej nucie niż Kamas, a i tak stworzyć postać którą widz kupi.
forresty napisał(a):
Ja mam taki kłopot że moje ulubione seriale czyli Dom i Noce i Dnie są właśnie takim melodramatem w którym tych amorów Tolibowskich i Zbożnych jest do zemdlenia. A byłyby to świetne seriale obyczajowe gdyby ograniczyć te love-story w obu.(...)
Suma sumarum. Historia jest rzeczywiście męcząca, ale sam film obok Ziemi Obiecanej to majstersztyk warsztatowy.
A życie nie bywa męczące
Zacytuję sam siebie z wcześniejszej wypowiedzi ''
Dłuższy czas spędzony z bohaterami zbliża nas do nich, ale też oddaje prozę życia wraz z jego mieliznami i chyba bardziej pozwala odczuć maksymy typu ''Rodzimy się, umieramy, a wszystko toczy się dalej, jakby nas w ogóle nie było''.
Motyw ze Zbożnym to jeden z lepszych motywów melodramatycznych w polskim kinie. Na przestrzeni tych kilku odcinków z pierwszej serii naprawdę sporo się dzieje w związku z tym wątkiem - zdjęcie podłożone przez Andrzeja, listy, zachowanie Lawinowej, wizyta Zbożnego. Czy to jak to uczucie wpływa na czyny Andrzeja i w ogóle jego samego - przejęcie, w pewnym sensie kradzież mercedesa, postawa wobec Bronka, którego się wstydzi. Mógłbym tak jeszcze wymieniać, ale chyba nie w streszczeniu rzecz. No i rodowód obu panów dodający smaczku całej tej melodramatycznej historii. A co najlepsze sam Zbożny pojawia się dopiero w odcinku 7. W sumie podobnie jak Toliboski, nie ma go, a jest

- do pewnego momentu oczywiście. W późniejszych odcinkach wcześniej mityczny Zbożny staje się normalną drugoplanową postacią i to już faktycznie nie ma takiej siły jak wcześniej. Reasumując motyw ze Zbożnym raczej wzbogaca opowieść, niż jej coś zabiera, no i jest osią napędową tych pierwszych odcinków. Do tego ten pewnego rodzaju ''mezalians'' Basi i Andrzeja poza wartością dekoracyjno-sensacyjną jest też świetnym komentarzem do tych nowych wszystko zrównujących - przynajmniej w założeniu - czasów.